
It was 10th September, 2024. Nothing indicated that in a few days I would be setting off on my second pilgrimage along the Way of St. James . And yet. On my 34th years old birthday, 16th of September, at 7 a.m., I found myself on a Krakow airport, waiting for a flight to Santander with layover in Brussels. I was off. Packed into my favourite trekking backpack- the Gregory Jade 38 liters ( not an add, just a sincere recommendation)- with a pair of leggings, short trekking shorts, few termal tops, a fleece and a couple of other „essential unessentials”. I didn’t expect, that later the evening, „Happy Birthday” would be sung to me by three Spanish waiters in a tapas bar in Santander.
I didn’t sleep that night, despite having a beautiful room in one of the colonial-style old buildings and a comfortable bed. I am definitely not used to the Spanish nightlife- or the noise outside the window that comes with it.
17.09.24 // Santander – Carrion de Los Condes
I couldn’t really focus on sightseeing, with the upcoming trip to Osorno on my mind and the hitchhiking I would need to do to reach the first Albergue in Carrion de Los Condes. Fortunately, there was another pilgrim on a bus- Oliver from Germany- who got off at the same stop as I did and had exactly the same plan of hitchhiking. In fact, it was thanks to him that I didn’t end up sleeping under the open sky of Osorno.
With a uncertainty and a bit od stress as I watched the setting sun, someone finally stoped after an hour of waiting. The ride was short- only around 20 km- but anyone who’s ever walked a Camino knows it a full day on your feet. After 10-minute drive with Oliver, we arrived in Carrion de Los Condes, where we wished each other Buen Camino, and shortly after, the big, colorful gate of Albergue Espiritu Santo appeared before me. I knew I was in the right place. I felt this amazing, flattery sensation in my stomach- full of excitement, hope and peace- exactly what I needed at the moment. I sensed that this time, the pilgrimage would leave the meaningful mark on my heart and soul.

At the gate stood a broadly smiling nun, who welcomed me with warmly, armed wide open, already reaching for my pilgrim passport and ID. As I received the first stamp in my pilgrim passport, I realized I was the last guest to arrive at the Albergue that day.
18.09.24 // Carrion de los Condes- Terradillos de los Templarios
On a Camino, days usually start around 6 a.m. There’s no need to set an alarm- the wake up call is the sound of rustling sleeping bags and the general chaos of people packing up. If you have earplugs, you might be lucky enough to get a decent night’s sleep.
First hour of walking passes with reflections and silence, under the fading light of the moon still hanging in the sky. My body and mind are trying to adjust to a different rhythm, and even my morning coffee- which I’m totally addicted to- fails to give me the energy boost I need. What does give me energy, though, is meeting the first person on the trail: Andrea. The power woman, ambitious, warm-hearted, full of good advice, radiating positivity, and always ready with a kind of clever humor I love. After two hours, another unforgettable woman joins us- Ilse- walking gracefully with her trekking poles. She quickly becomes such as important on my Camino. She’s the kind of person you simply can’t ignore. Ilsa and Andrea and their walking pace, at the very first day, gave me blisters. I didn’t have to keep up, but the conversation was so good, I just couldn’t fall behind.
These are the kind of women, you find yourself easily opening up to after thirty minutes of walking together- the ones who gives you the exact advice you need, right when you need it most.

I had planned a six-hours walk for the day. Somewhere along the way, a small group of Spanish Guardia on horseback passes us. It’s the unforgettable sight – beautiful, majestic horses riding through the fields, surrounded by tiny dots of pilgrims scattered across the scenic Meseta plateau. After walking 26 kilometers, I arrived in Terradillos de Los Templarios said goodbye to Ilsa and Andrea, who were staying in next town. I chose to stay at Hostel Jacques De Molay, not knowing yet that this was where I’d meet most of companions for my journey. Smiling, happy to have found a spot in a shared dorm, I went to unpack my backpack.
While waiting for dinner- the famous pilgrim’s Menu del Dia- I sat a covered table and opened a small, temporary notebook from Flying Tiger to write down my first impressions. Across from sat Olivier, opening a real journal- leather- bound and beautiful. He was prepared. I thought to myself that one day, I’d get one like that too. With replaceable pages, vintage style. We greeting each other with a smile and quickly fell into our own memories and reflections. A moment later, I warned Olivier that his notebook was about to be soaked by the condensation dripping from his cold beer — well-deserved after such a long day. We exchanged a few words and I learned that Olivier is from Canada. Like many pilgrims, he had started his Camino in Saint-Jean-Pied-de-Port. He was now entering his second week on the road.
This time I decided to stretch every day heaving earned by the previous experience, where I suffered by the chronic tight cramp. So after writing, I settled into a quiet corner of the garden. Around me, other pilgrims were stretching out theirs sore legs, massaging tired feet. I listened to conversations about Lavanya’s and Tim’s aching shins, someone’s massive blisters between their toes, or shoes that smelled like death.
After a bit of stretching, it was time to push the tables together and begin the evening feast — with wine and Spanish olives. Nothing else mattered that day but meeting people. I happily listened to the stories of those around me, their slightly slurred tales (thanks to the white wine) about where they came from, what they did in life — and seriously… who the hell is Theodor?
As dusk settled in, the gathering moved indoors, where round tables for ten were already waiting. The scent of roasted rabbit filled the air. Somewhere in the background, under layers of laughter, I could hear Flora’s stories. That evening, I knew I wanted to get to know her better.
***
Był dziesiąty wrzesień 2024 roku. Nic nie zapowiadało się, że za kilka dni wyruszę na moją drugą pielgrzymkę szlakami świętego Jakuba. A jednak. W dniu swoich 34-tych urodzin, 16-ego września o siódmej rano znalazłam się na lotnisku w Krakowie czekając na samolot do Santander z przesiadką w Brukseli. Wyleciałam. Spakowana w ulubiony plecak trekkingowy Gregory Jade 38 litrów ( to nie reklama a szczere polecenie), z parą legginsów, krótkich trekkingowych spodenek, kilka termicznych bluzek, polar i jeszcze parę zbędnych „niezbędników”. Nie sądziłam, że wieczorne sto lat a właściwie „Happy Birthday” będzie śpiewało mi trzech hiszpańskich kelnerów z baru tapas w Santander. Nocy nie przespałam, mimo rezerwacji pięknego pokoju w jednej z kolonialnych kamienic i wygodnego łóżka. Zdecydowanie nie jestem przyzwyczajona do nocnego trybu życia Hiszpanów a co za tym idzie- hałasu poza oknem.
17.09.24 // Santander – Carrion de Los Condes
Niewiele skupiałam się na zwiedzaniu miasta mając w głowie przejazd autobusem do Osorno i czekające mnie łapanie autostopa do pierwszego Albergue w Carrion De Los Condes. Dobrze się złożyło, że wraz ze mną w autobusie z Santander jechał Oliver, pielgrzym z Niemiec, który wysiadł dokładnie na tej samej stacji co ja i miał dokładnie ten sam plan łapania okazji. Właściwie to dzięki niemu udało mi się nie spać pod gołym niebem Osorno.
Z niepewnością, lekkim stresem podczas oglądania zachodzącego słońca, po około godzinie czekania w końcu ktoś się zatrzymał. Jakby nie patrzeć trasa była krótka, bo około 20 kilometrów ale ten kto jest pielgrzymem wie, że pieszo jest to cały dzień na nogach 🙂 Po 10 minutach jazdy wraz z Oliverem dotarliśmy do Carrion de los Condes, gdzie życzyliśmy sobie Buen Camino a chwilę później moim oczom ukazała się kolorowa brama Albergue Espiritu Santo. Wiedziałam, że jestem w odpowiednim miejscu. Czułam to niesamowite, pełne ekscytacji uczucie w brzuchu, pełne nadziei i spokoju, który właśnie był w tym momencie mi najbardziej potrzebny. Czułam, że tym razem ta pielgrzymka pozostawi ślad w moim sercu i duszy.
W bramie ukazała się szeroko uśmiechnięta zakonnica, która gorąco przyjęła mnie z otwartymi ramionami i ręką wyciągnięta po paszport pielgrzyma oraz dowód. Otrzymując pierwszą pieczątkę w paszporcie pielgrzyma byłam tym samym ostatnim przybyszem w Albergue tego dnia.
18.09.24 // Carrion de los Condes- Terradillos de los Templarios
Na Camino dni zaczynają się w okolicach 6.00 rano. Nie trzeba nawet nastawiać budzika, bo pobudką jest wszechobecny chaos pakowania śpiworów a ten kto posiada zatyczki do uszu może nawet i się wyspał.
Pierwsza godzina wędrówki przebiega mi w zadumie i ciszy wśród jeszcze widniejącego na niebie księżyca. Ciało i umysł próbują nastawić się na inną częstotliwość ruchu, wcześniejszą pobudkę a po porannej kawie, od której jestem uzależniona, niestety nie przybywa energii. Energię natomiast dodaje mi pierwsza, nowo poznana osoba na trasie- Andrea. Kobieta petarda, ambitna, dobra dusza, dobra rada, wulkan pozytywnej wibracji i mojego ulubionego, wyszukanego żartu. Po dwóch godzinach na naszej trasie pojawia się idąca z kijkami i gracją Ilse. Równie ważna kobieta mojego Camino, obok której nie można przejść obojętnie. Ilsa wraz z Andreą i tempem trekkingu już pierwszego dnia przyprawiają mnie o moje pierwsze pęcherze na stopach. Właściwie nie musiałam tak pędzić ale rozmowa z nimi nie pozwalała mi nie dotrzymać tempa. Są to kobiety, którym bez najmniejszego problemu zwierzam się po pół godziny wspólnej wędrówki, które dają mi najlepszą radę jaką w danym momencie potrzebuję.
Na dzisiejszy dzień zaplanowana była trasa około sześciogodzinna. W między czasie, podczas wędrówki, mija nas kilkuosobowa hiszpańska gwardia konna. To widok nie do zapomnienia- piękne, dostojne konie pośród pól i małych kropeczek- pielgrzymów na horyzoncie malowniczego masywu Mesety. Po 26-ciu kilometrach marszu, docierając do Terradillos de Los Templarios, żegnam się z Ilse oraz Andreą, które zatrzymują się w następnej miejscowości. Wybieram na nocleg Hostel Jacques De Molay jeszcze nie wiedząc, że właśnie tam poznam tam większość towarzyszów mojej wędrówki. Z uśmiechem na twarzy, ciesząc się, że udało mi się znaleźć miejsce w kilkuosobowym pokoju, idę rozpakować plecak.
W oczekiwaniu na wspólny obiad dla wszystkich pielgrzymów, tzw. Menu del Dia, siadam przy zadaszonym stoliku i rozkładam mały, prowizoryczny notesik z Flying Tiger by opisać swoje pierwsze przeżycia. Na przeciwko mnie siada Olivier, również rozkładając swój dziennik- prawdziwy, w skórzanej oprawie. Pomyślałam wtedy, że kiedyś też taki sobie sprawię. Z wymiennymi kartkami, taki retro. Witając się z uśmiechem zanurzamy się każde we własnych wspomnieniach i zapiskach. Chwilę poźniej sygnalizuję Olivierowi, że jego dziennik za chwile utonie w wodzie ociekającej z kufla zimnego piwa, na które sobie zasłużył po tak ciężkim dniu. Wymieniamy się kilka zdań- dowiaduję się, że Olivier pochodzi z Kanady a swoją trasę rozpoczął, jak wielu pielgrzymów, w Saint Jean Pied de Port. Mija mu właśnie drugi tydzień wędrówki.
Nauczona doświadczeniem z poprzedniej pielgrzymki, gdzie niestety cierpiałam na chroniczny skurcz w udzie, postanowiłam tym razem codziennie się rozciągać. Po zapisaniu wspomnień usiadłam na niewielkim skrawku ogródka, wśród innych pielgrzymów rozciągających swoje zbolałe łydki i uda, masując zmęczone stopy, wsłuchiwałam się w rozmowy o bolącej piszczeli Lavanyi i Tima, o czyichś ogromnych pęcherzach między palcami czy śmierdzących butach.
Po chwili rozciągania przyszedł moment na złączenie stołów i wspólną biesiadę przy winie i hiszpańskich oliwkach. Nic więcej, oprócz poznania ludzi, nie interesowało mnie tego dnia. Z przyjemnością wsłuchiwałam się w historie osób siedzących obok- w ich plączących się od ilości białego wina opowieści o pęcherzach, o tym, skąd pochodzą i co robią w życiu. I do cholery…kim jest Theodor ?
Wraz z nadchodzącym zmierzchem biesiada przeniosła się do wnętrza Albergue, gdzie czekały już okrągłe stoły mieszczące po dziesięć osób. W powietrzu unosił się zapach pieczonego królika. Gdzieś w oddali, zagłuszane śmiechem, dało się usłyszeć opowieści Flory. Tego dnia już wiedziałam, że chciałabym ją bliżej poznać.
***

Zostaw odpowiedź