W moim marzeniach nawet nie śniłam o Japonii a pojechanie do niej okazało się to ukrytym pragnieniem zmieniającym całe moje życie i postrzeganie świata.
Był to pierwszy pozakontynentalny kraj, do którego poleciałam jeszcze w 2013 roku tuż po zdaniu tytułu inżyniera. Stało się to za sprawą Natalii, a właściwie jej brata – Adasia, który tak się złożyło jest moim przyjacielem od czasów przedszkolnych. Natalia wówczas obchodziła swoje 30-ste urodziny. W Tokio. Tak, była tą egzotyczną siostrą przyjaciela, która mieszka poza Europą i to jeszcze w Japonii. Wtedy, to, że tam lecę wydawało się zupełnie nierealne. A jednak.
Adaś nie miał wyboru. Bierzesz mnie ze sobą, i nie ma innej opcji. – Powiedziałam.

Skąd ja wezmę na to pieniądze ?- myślałam. Ratował nas fakt ( nas, bo do Natalii leciałam wraz z Adasiem i Dastinem), że przez większość pobytu spaliśmy na matach tatami w wynajmowanym przez Natalię pokoju jednego z mieszkań Osaki. Na tamten moment były to dla mnie ogromne pieniądze – za 10-dniowy pobyt w Japonii, odwiedzając najbardziej znane miejsca takie jak – Tokio, Kyoto, Osaka i Nara zapłaciłam ok 4500 zł. Pieniądze uzbierane z dorywczych, studenckich prac wspomagane kieszonkowymi od rodziców.
Pamiętam, że lot Aeroflotem kosztował niecałe 1500 zł w dwie strony, z przesiadką w Moskwie – dziś niewyobrażalna kwota ale i niewyobrażalne miejsce na przesiadkę. Wylądowaliśmy w Tokio i już tego samego dnia odbieraliśmy Japan Rail Pass (za kolejne 1500 zł), dzięki któremu mogliśmy przez kolejny tydzień poruszać się po całej Japonii – również Shinkansenem. Cóż to była za egzotyka! Pociąg pędzący z prędkością światła, biały, obły, przecinający powietrze niczym szybowiec.
Były to czasy, w których media społecznościowe nie przeżywały oblężenia. Ich znikoma garstka nie dawała takich informacji jakie dostaje się teraz. O tym, jak żyje się w innym kraju, jakie miejsca zwiedzić i co zjeść czytało się na blogach – takich jak ten. Szukało się przeróżnych informacji w przewodnikach ale przede wszystkim – w przypadku Japonii polegało się na wiedzy Natalii. Mimo, że może wiedziało się mniej to miało to swoje dobre strony. Japonia nie była tak zatłoczona jak dziś. Nie było przebodźcowania informacjami i kuszącymi ofertami.
Była nutka niepewności co się tam zastanie.
Spakowana w 20-sto kilogramową walizkę, z aparatem Nikon na szyi – najprostszy jaki się dało, ale cyfrowy – ruszyliśmy do kraju kwitnących wiśni.
Już pierwszego dnia uderzył mnie zapach innego powietrza. Tak bardzo nieznanego, dotykającego zmysły o których istnieniu nie miałam pojęcia. Od unoszącego się w eterze zapachu sosu sojowego, umami i smażonego tofu można było wyobrazić sobie jak będzie smakować Japonia.
Dalsza część już wkrótce 🙂
Joanna

Zostaw odpowiedź