Queensland i Coolangatta – czyli dzikie delfiny, świecące grzyby i kangury wielkości człowieka.

Queensland and Coolangatta – home to wild dolphins, glowing mushrooms, and human-sized kangaroos.

Jak znalazłam tani lot do Sydney i otrzymałam wizę w kilka minut.

W moich najśmielszych marzeniach nigdy nie pojawiła się Australia jako cel podróży. Splotem wielu przypadków i sytuacji mniej więcej w połowie listopada, będąc jeszcze jedną nogą w Meksyku przyjęłam propozycję odwiedzin znajomego mieszkającego na stałe w okolicach Newcastle, na wschodnim wybrzeżu Australii. Po około tygodniu intensywnych poszukiwań lotów, które z reguły są nieziemsko kosztowne biorąc pod uwagę ten kierunek, udało mi się znaleźć opcję przelotu do Sydney (z noclegiem w Rzymie oraz Chengdu w Chinach) w kwocie około 1600 zł w jedną stronę.

Wizę do Australii otrzymałam dosłownie po kilku minutach. Dla Polaków powyżej 30 roku życia przysługuje darmowa 90-cio dniowa wiza z ważnością roku od daty przekroczenia granic Australii. Oznacza to, że można pozostać tam na warunkach turystycznych ciągiem przez 90-siąt dni, po tym czasie wylecieć np na kilka dni do innego kraju ( swoją drogą tanie loty są do Nowej Zelandii i Indonezji) i ponownie wrócić na 90 dni aż do daty, w którym mija rok od pierwszego przekroczenia granic.

Po 56-ciu godzinach w trasie przyleciałam do Sydney gdzie umówiłam się na szybki, tajski obiad z kolegą Adamem poznanym na Camino de Santiago de Compostela. Pierwsze wrażenia po przylocie i postawieniu nogi na aborygeńskim lądzie? „O matko… czy ja na prawdę tu jestem? To się dzieje…”. Nie bez powodu Sydney w moich oczach wyglądał angielsko. Ale o tym napiszę więcej w następnym poście. Jeszcze tego samego dnia wracałam na lotnisko w Sydney, gdzie wieczorem miałam samolot na lotnisko Coolangatta w Gold Coast. Tam miałam spędzić kolejne trzy tygodnie nad oceanem, surfując, pracując, słuchając cykad i cieszyć się tym przysłowiowym zapachem innego kraju. Tym razem zapachem Australii.  

***

How I found a cheap flight to Sydney and got my visa in just a few minutes.

In my wildest dreams, Australia had never appeared as a travel destination. By a twist of fate and a series of coincidences, around mid-November, while still halfway in Mexico, I accepted an invitation from my friend who lives permanently near Newcastle on Australia’s east coast. After about a week of intense flight searching – which is usually insanely expensive for this route – I managed to find a flight to Sydney (with overnight stops in Rome and Chengdu, China) for around 350 Euro one way.

I received my Australian visa literally within a few minutes. For Poles over 30 years old, a free 90-day visa is available, valid for one year from the date of entering Australia. This means you can stay in the country on tourist conditions for 90 consecutive days. After that, you can fly out for a few days to another country (by the way, cheap flights are available to New Zealand and Indonesia) and then return for another 90 days, up until the date one year after your first entry into Australia.

After 56 hours of traveling, I arrived in Sydney, where I met up for a quick Thai lunch with my friend Adam, whom I had met on the Camino de Santiago de Compostela. My first impressions upon landing and setting foot on Aboriginal land? “Oh my… am I really here? This is happening…” It’s no wonder Sydney struck me as quite English. But I’ll write more about that in my next post.

Later that same day, I headed back to Sydney Airport, where in the evening I had a flight to Coolangatta Airport on the Gold Coast. I was going to spend the next three weeks there by the ocean – surfing, working, listening to cicadas, and enjoying that proverbial scent of another country. This time, the scent of Australia.

***

Przylot na Gold Coast i trzy tygodnie w Coolangatta.

Trzy tygodnie w czekającej na Boże Narodzenie Coolangatta, udekorowanej świątecznymi lampkami wiszącymi na palmach, z boso chodzącymi nad promenadą Świętymi Mikołajami zleciały oka mgnieniem. Pierwsze kilka dni starałam się przetrwać najgorszego w życiu jet-laga, spotęgowanego wczesnymi wschodami słońca i późnymi zachodami (przez co ciemności na sen było jak na lekarstwo) oraz głośnym szumem fal. Dzięki bezsenności miałam okazję doświadczać poranków nad oceanem w Coolangatta, które zaczynały się już o 4 rano w rejonie Queensland albo o 5 rano w znajdującym się pięć kroków dalej stanie New South Wales.

***

Arrival on the Gold Coast and three weeks Coolangatta.

Three weeks in Coolangatta, preparing for Christmas, decorated with festive lights hanging on the palm trees and Santas walking barefoot along the promenade, flew by in the blink of an eye. During the first few days, I struggled to survive the worst jet lag of my life, intensified by early sunrises and late sunsets (leaving very little darkness for sleep) and the loud roar of the waves. Thanks to my sleeplessness, I had the chance to experience mornings by the ocean in Coolangatta, starting as early as 4 a.m. in Queensland or 5 a.m. in the neighboring state of New South Wales, just a few steps away.

Jet-lag, wczesne poranki i życie w rytmie oceanu.

Pierwsze dwa tygodnie minęły w spowolnionym tempie. Pierwszy raz od kilku miesięcy wstawałam bez budzika (pomijając jet-lagowe dni czy dni, w których wychodziłam na poranny jogging nad oceanem ), z zapachem świeżo parzonej kawy, śniadaniem z widokiem na ocean i spokojem w głowie. W mózgu włączył się tryb slow-motion, ciało zaczęło się odprężać i zaczęła w końcu wracać wizja na zaprojektowane pod siebie życie. Na co trzeba trochę odwagi, wytrwałości, konsekwencji i wewnętrznej stabilności oraz czasu i otwartości umysłu. 

W grudniu 2024 roku stawiałam (dosłownie!) pierwsze kroki na desce surfingowej. Fale Gold Coast-owego oceanu były na tyle łaskawe, że nie zraziły mnie do tego sportu i mimo, że moja stojąca postawa na desce trwała może kilka nanosekund to śmiało mogę powiedzieć, że tak – stałam na desce surfingowej ! <3

***

Jet-lag, early mornings, and life to the rhythm of the ocean.

The first two weeks passed at a slowed-down pace. For the first time in months, I woke up without an alarm (except for jet-lagged days or mornings when I went for a run by the ocean), with the smell of freshly brewed coffee, breakfast with an ocean view, and complete calm in my head. My brain switched to slow-motion mode, my body began to relax, and finally, the vision of a life designed for myself started to return. A life that requires a bit of courage, perseverance, consistency, inner stability, time, and an open mind.

Under the guidance of my teacher – Samuel – I literally took my first steps on a surfboard. The waves of the Gold Coast ocean were gentle enough not to scare me away from the sport, and although my standing posture on the board lasted maybe a few nanoseconds, I can confidently say: yes – I stood on a surfboard! <3

Spotkanie z dzikimi delfinami na oceanie.

Największa magia zadziała się w dniu, w którym w wodzie pojawiły się dzikie delfiny. Szłam akurat na inną plażę, gdy zauważyłam grupę osób na tarasie widokowym zastanawiającą się czy w wodzie pływa rekin. Po upewnieniu się, że jest to jednak delfin szybko pobiegłam w kierunku, w którym pływały. Wskoczyliśmy na deski i zaczęliśmy wiosłować z nadzieją na kilka sekund w ich towarzystwie. Udało się. Dryfując na deskach i wpatrując się w ciemniejącą już od zmroku wodę ujrzeliśmy rodzinę delfinów, wykonującą wodne akrobacje. MAGIA…. Moglibyśmy tak leżeć i patrzeć godzinami.

Innym ciekawym doświadczeniem, które uświadomiło mnie jak mało wiem o świecie, był fakt, iż w Australii (nie w każdym mieście ale przykładowo na Gold Coast czy w Sydney) zamiast gołębi chodzą po ulicy Ibisy, biało-czarne wielkości kurczaka ptaki, z długim, zagiętym dziobem. Do tego wieczorny hałas cykad- brzmią trochę inaczej niż te w Polsce i są sporo większe – czy kakadu, papugi i inne ptactwo.

***

Encounter with wild dolphins in the ocean.

The greatest magic happened on the day wild dolphins appeared in the water. I was walking with surboard to another beach when I noticed a group of people on a viewing platform wondering if there was a shark in the water. After confirming that it was actually a dolphin, we quickly ran in the direction they were swimming. We jumped on our boards and started paddling, hoping for a few seconds in their company. And we made it. Drifting on our boards and staring at the water darkening with dusk, we saw a family of dolphins performing aquatic acrobatics. MAGIC… We could have just stayed there, watching for hours.

Another fascinating experience, which made me realize how little I know about the world, was discovering that in Australia (not in every city, but for example on the Gold Coast or in Sydney), instead of pigeons, ibis walk along the streets – white&black, chicken-sized birds with long, curved beaks. Add to that the evening chorus of cicadas – they sound a bit different than those in Poland and are much bigger – along with cockatoos, parrots, and other birds.

Poza naturą, która w Australii jest nie do przebicia, warto było również podejrzeć australijską kulturę. Szczególnie w surfingowym miejscu popularne jest chodzenie po ulicy na boso, prowadzenie samochodu – na boso, zakupy w supermarkecie – na boso! Do tego ogólnodostępne, bezpłatne toalety i prysznice – w przypadku surferskich miejscowości z reguły w odległościach 500 metrów od następnej. Kultura organizowania rodzinnych spotkań, świętowania urodzin w formie pikniku w parku czy w ogólnodostępnych miejscach na barbecue. Uczucie spowolnionego czasu, brak tłumów i uśmiech na twarzy. 

***

Beyond the unbeatable nature, it was also worth experiencing Australian culture. Especially in surfing towns, it’s common to walk barefoot on the street, drive barefoot, or even do grocery shopping barefoot! Add to that public, free toilets and showers – usually no more than 500 meters apart in surfing towns. There’s a culture of organizing family gatherings, celebrating birthdays with picnics in parks, or barbecues in public spaces. It’s a feeling of slowed-down time, absence of crowds, and a smile on your face.

Wycieczki: Springbrook, Tamborine Mountain i spotkania z koalami.

Oprócz surfingu zorganizowaliśmy kilka wycieczek. Między innymi Springbrook National Park, Tamborine Mountain – gdzie natura powaliła na nogi a świecące grzyby czy robaki luminescencyjne sprawiły, że poczułam się jak dziecko stawiające pierwsze kroki po świecie. Swoje pierwsze koale czy kangury zobaczyłam w Currumbin Wildlife Sanctuary, nie wiedząc jeszcze, że będę miała okazje podziwiać je na żywo i że będą skakały mi pod koła samochodu.

***

Excursions: Springbrook, Tamborine Mountain, and encounters with koalas.

Besides surfing, we organized a few excursions. Among them were Springbrook National Park and Tamborine Mountain. – where the beauty of nature took my breath away, and glowing mushrooms and bioluminescent insects made me feel like a child taking their first steps in the world. I saw my first koalas and kangaroos at Currumbin Wildlife Sanctuary, not yet knowing that I would later have the chance to admire them in the wild – and that they would even hop right in front of my car.

Po około trzech tygodniach, wraz z Samuelem i Joe (mega crazy Dunką, która przyjechała do Australii na work & travel wiza) udaliśmy się w kierunku Port Macquarie czterdziestoletnim mercedesem o pseudonimie „Chief”, koloru szampańskiego z trzema deskami surfingowymi na dachu i ogromym pluszowym psem Dulux siedzącym na miejscu pasażera.

***

After about three weeks, together with Samuel and Joe (a super crazy Danish girl who came to Australia on a working holiday visa), we headed toward Port Macquarie in a forty-year-old champagne-colored Mercedes nicknamed “Chief,” with three surfboards on the roof and a giant plush Dulux dog sitting in the passenger seat.

Port Macquarie mieści się już w innym stanie New South Wales, mniej więcej w połowie drogi z Collangatta do Newcastle. Jest zjawiskowym miejscem z latarnią. Po około dwóch godzinach spędzonych w tym miejscu ruszyliśmy dalej aby przygotować świąteczny lunch dla całej rodziny Samuela i kilku przyjaciół.

***

Port Macquarie is already in a different state, New South Wales, roughly halfway between Coolangatta and Newcastle. It’s a stunning place, complete with a lighthouse. After spending about two hours there, we continued on to prepare a Christmas lunch for Samuel’s entire family and a few friends.

Australijskie Święta Bożego Narodzenia i różnice kulturowe.

Święta australijskie trwają tak na prawdę jeden dzień – 25ego grudnia – i znacząco różnią się od Europejskich, które i tak mają różne tradycje w zależności od kraju. Drugi dzień świąt jest zwanym „Boxing Day”. W całym kraju trwa wtedy ogromna fala wyprzedaży, która dosłownie zalewa centra handlowe. Ludzie ustawiają się w kolejkach już od wczesnego rana, a sklepy pracują jak w trybie turbo. To najlepszy moment w roku na zakup elektroniki, sprzętu outdoorowego, kosmetyków czy ubrań, bo ceny potrafią spaść o połowę.

Ze względu na pogodę, nie do końca mogłam wczuć się w „świąteczny klimat”, kojarzący się ze śniegiem, mrokiem, dniem zadumy. Mimo to uważam to za bardzo ciekawe doświadczenie i jestem wdzięczna za zaproszenie i ugoszczenie wszystkich, stworzenie rodzinnej, zabawnej atmosfery oraz przygotowanie lasagne, bo właśnie to było głównym daniem świątecznym. Dla mnie były to pierwsze Święta poza Polską i aby trochę je urozmaicić wraz z Joe przedstawiłyśmy tradycje z naszych krajów takie jak taniec i śpiew wokół choinki wykonywany w Danii, czy łamanie się opłatkiem i składanie życzeń znany w Polsce. Ze względu na brak dostępu do opłatka użyliśmy kruchych rurek, był fun.

***

Australian Christmas and cultural differences.

Australian Christmas really lasts just one day – December 25th – and is quite different from European celebrations, which themselves vary from country to country. The second day of Christmas is called „Boxing Day.” Across the country, there’s a huge wave of sales that literally floods shopping centers. People line up from early morning, and stores operate at full speed. It’s the best time of the year to buy electronics, outdoor gear, cosmetics, or clothing, as prices can drop by half.

Because of the weather, I couldn’t fully get into the “Christmas spirit” that’s usually associated with snow, darkness, and contemplative days. Still, I found it a very interesting experience and am grateful for inviting us, hosting everyone, creating a fun, family-like atmosphere, and preparing lasagna, which was the main Christmas dish.

For me, it was my first Christmas outside of Poland, and to add a little variety, Joe and I introduced traditions from our countries, such as dancing and singing around the Christmas tree as is done in Denmark, or breaking the wafer and exchanging wishes. Since we didn’t have access to the traditional wafer, we used crunchy pastry sticks instead – it was fun!

Joanna.


Comments

2 odpowiedzi na “Queensland i Coolangatta – czyli dzikie delfiny, świecące grzyby i kangury wielkości człowieka.”

  1. Muszę napisać, że super się to czyta! Jakbym czytała jakieś dzienniki 📔 i czekam na kolejne opisy 😍

    1. Awatar Journeylistka
      Journeylistka

      Ale miło ! Dziękuję 🤩🧡

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z JOURNEYLISTKA

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej