Taghazout: Marokańskie miasteczko surferów i nadmorski chill

Podróż do Taghazout za 7 dirhamów

Czekając 1,5 godziny na przystanku w Agadirze, w końcu razem z Naimą i (jak nazywała się ta druga dziewczyna?) doczekałyśmy się autobusu numer 32. W ciągu kolejnych trzydziestu minut miał dowieźć mnie do surferskiej miejscowości Taghazout. Podróż kosztowała 7 dirhamów (około 1 euro).

Na przystanku zauważyłam, że lokalni ludzie często czekali na taksówki – zapełnione po brzegi – bo może akurat któraś będzie jechała w ich kierunku. Koszt przejazdu wtedy rozkłada się na więcej osób. Oczywiście dla turysty cena jest trochę inna 😉 Gdybym sama chciała wziąć taksówkę, zapłaciłabym około 100 dirhamów (10 euro). Przy kilku osobach to się opłaca, ale ja chciałam przeżyć lokalny klimat.

Taghazout: Morocco’s Surf Town and Coastal Chill

Jadąc wzdłuż wybrzeża Atlantyku, mijałyśmy przepiękne krajobrazy: ocean wypełniony surferami niczym mrówkami w wzburzonej wodzie, tworzącej fale będące marzeniem każdego fana surfingu. Maroko, „zimowa” pogoda i idealne warunki do surfowania przyciągają europejczyków, dlatego tak wielu z nich można spotkać w Taghazout czy Tamraght. To idealne miejsce na ucieczkę od zimowego klimatu i zatopienie się w książce na jednym z czerwonych leżaczków pod czerwono-białym parasolem, z widokiem na przechodzące obok wielbłądy.

***

Taghazout: Top spoty surferskie

Najważniejsze spoty surferskie, w zależności od stopnia zaawansowania, to na pewno Anchor Point z legendarnymi right-hand point break, Panorama czy Hash Point. Wszędzie można wynająć sprzęt surfingowy za około 15 euro za dzień lub wykupić lekcję z instruktorem, który za 20–25 euro w dwie godziny pokaże podstawy albo nowe techniki. W cenie znajduje się pianka i cały potrzebny sprzęt. O instruktorów można pytać w hotelu, hostelu lub w jednym z wielu punktów surferskich w Taghazout. Fajną opcją jest także wykupienie tygodniowego surf campu pełnego zajęć – na pewno będzie to jeden z moich planów na przyszłe lata.

Taghazout zapadło mi w pamięci głównie dzięki pięknym, niezapomnianym zachodom słońca, spokojowi na plaży, ciszy i relaksowi. Widok przechodzących wielbłądów na tle pomarańczowego nieba naprawdę się nie nudzi. Podczas mojego trzydniowego pobytu dwa razy poszłam w to samo miejsce, licząc na spektakularny zachód – i się nie zawiodłam.

Nie zawiodła mnie też otwartość ludzi. Uśmiech, machnięcie ręką czy krótka rozmowa zawsze spotykały się z odwzajemnioną reakcją. Podczas jednego ze spacerów poznałam Turczynkę – Gulu – z którą spędziłam miłe godziny przy zachodzącym słońcu. Opowiadałyśmy o swoim życiu, idąc tuż nad brzegiem oceanu, obserwując zmieniające się kolory nieba i ludzi grających w piłkę nożną na plaży.

***

Miejsce spotkań i klimatyczne kawiarnie

Taghazout słynie nie tylko z surfowego klimatu, ale też z jogi. Zaskoczyło mnie nie tylko piękno Maroka i spokój tej miejscowości, ale także niespodziewane spotkanie z koleżanką, z którą pracowałam w Budapeszcie – Agatą 🙂 Dzięki niej poznałam również trójmiejską nauczycielkę jogi, Dominikę Płachecką, która organizuje wyjazdy do Maroka z aktywnym programem: jogą o wschodzie i zachodzie słońca wraz lekcjami surfingu z lokalnym nauczycielem.

***

Posiedziałam chwilę z dziewczynami w jednej z klimatycznych kawiarni, gdzie porozmawiałyśmy i wymieniłyśmy się wrażeniami. Na dziewczyny czekał już powrót do Polski, a na mnie kolejny zachód słońca – tym razem ze skateparku. To miejsce, w którym gromadzą się miłośnicy skateboardingu, położone w lokalizacji z widokiem na całe Taghazout i okoliczne miasteczka.

***

Joanna


Comments

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z JOURNEYLISTKA

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej